Udalo sie!!!!! Dotarlismy do dziwnowa!!!!! Po 16 dniach od wyruszenia z Wroclawia zobaczylismy wreszcie nasze kochane morze:), ale po kolei… Rano wstalismy i zaczelismy oprozniac lodke z wody, ktora przedarla sie przez nasze zabezpieczenia podczas nocnej ulewy. Nastepnie posileni sniadaniem i kolejna herbata, od Pana Grzegorza, zepchnelismy wydolywe na wode i ruszylismy, aby czym predzej opuscic zalew, gdyz zapowiedziana sila wiatru przyprawiala nas o dreszcze. W miare wczesnie i bez trudnosci, choc z wysilkiem, osiagnelismy wolin i wydawalo nam sie ze teraz juz mamy z gorki. Nawet nie wiedzelismy jak bardzo sie mylilismy. Zaczelo sie na dziwnej. To faktycznie dziwna rzeka. Nie ma zrodla, wlasciwie nie plynie, a z wygladu przypomina jezioro. W dodatku wypada z i wpada do zalewu, przechodzi jeszcze przez jezioro aby w koncu rozlac sie w baltyku. Wiatr zerwal sie nagle. W ciagu kilku minut rzeka pokryla sie biala piana i prawie metrowymi falami. Na szczescie wiatr mielismy w plecy. Wiatr jednak rowniez potrafi platac figle. Kiedy zadowoleni z tej nieoczekiwanej pomocy razno mknelismy srodkiem nurtu nagle delikatnie zmienil sie jego kierunek a cala rzeka momentalnie rozhustala sie niczym rolercoaster. Nie bylo nam do smiechu tym bardziej, ze okazalo sie ze nie mozemy swobodnie doplynac do brzegu. Oj nameczylismy sie, lawirujac miedzy falami aby w koncu poczuc sie bezpiecznie w zasiegu ochronnego brzegu. Godzine pozniej wydawalo nam sie, ze mamy juz opanowane przedzieranie sie przez fale. W dodatku gdy wyplynelismy na zalew kamieniecki, ten wygladal jak stol. Niebo rowniez zdawalo sie byc po naszej stronie. Blysnelo blekitem, zza chmur wyszlo slonce i zrobilo sie cieplo i przyjemnie. Trwalo to wystarczajaco dlugo aby sklonic nas do podjecia decyzji o skroceniu sobie drogi przez srodek zalewu tuz obok lezacej w tym miejscu wyspy…
To byl moment. Wiatr ktory sie zerwal zakrecil lodka i tylko nasze wspolne dzialanie zapobieglo nieszczesciu. (To zadziwiajace jak zdyscyplinowany potrafi byc czterolatek). Przez nastepne 40 minut walczylismy z wscieklymi podmuchami wiatru i falami, ktore przez burty wlewaly sie do srodka Wydolywy. Probowalismy jedynie dotrzec do brzegu. (To zadziwiajace jak spokojny potrafi byc kot w rozchybotanej lodce zalewanej raz po raz woda). Gdy wreszcie razem dotarlismy na brzeg dziekowalismy Bogu za okazana pomoc. Przycumowalismy do jakiejs starej zardzewialej barki, przebralismy sie zjedlismy szybki obiad i podjelismy decyzje o nieoddalaniu sie od trzcin. Tak tez przebiegla nam dalsza droga az do wejscia do portu w dziwnowie. Tu bowiem czekala nas kolejna niespodzianka. Z takim wiatrem nie mielismy do czynienia podczas calej naszej wyprawy. Nawet przygody w okolicach Cigacic i sniacy nam sie po nocach zachodni wiatr okazaly sie niczym w porownaniu z wietrzyskiem, ktore zagrodzilo nam droge do portu. Po dwoch probach dalismy za wygrana i z ochota powitalismy motorowke, ktora pospieszyli nam z pomoca Adam i Marcin ze szczecina. Oczywiście jestesmy niezwykle wdzieczni za pomoc, obu doswiadczonych zeglazy. Wierzymy, ze ich obawy raczej by sie nie ziscily i wywrotki pewnie udaloby sie nam uniknac, jednak nie zarzekamy sie bo bylo ciezko. No i dzis musielibysmy odpuscic sobie dziwnow i zanocowac na jednym z brzegow, do ktorego zepchnalby nas ten wstretny wicher, a tak… Udalo sie doplynelismy!!!!! Na miejscu czekala na nas ekipa Polsatu, oraz Piotr i Monika, dzieki ktorym mamy jak wrocic do domu
Wszystkim, ktorzy nam pomogli bardzo dziekujemy. Choc na baltyk nie udalo sie wyplynac czujemy ze plan zostal zrealizowany:) Przeszlismy sie zreszta na plaze i zobaczylismy, ze morze dzis skutecznie bronilo dostepu, nawet duzo wiekszym jednostkom. Jednoczesnie na plazy zorganizowalismy Amorowi chrzest i po kapieli w morzu awansowalismy go na Bosmana. Wszystko to mialo charakter mocno symboliczny, gdyz wiatr z trudem pozwalal nam ustac na nogach. Nastepnie po zjedzeniu obfitego posilku zapakowalismy rzeczy do auta Wydolywe na dach i ruszylismy w droge do domu. Totez wpis ten powstaje wlasnie pomiedzy gorzowem a zielona gora
Plan zostal zatem wykonany. Poznalismy lepiej nie tylko nasza piekna rzeke i dowiedzielismy sie bardzo wiele o jej problemach, ale rowniez spotkalismy wielu niezwyklych ludzi, którym lezy na sercach jej dobro. Nawiazalismy nowe znajomosci i przyjaznie oraz pokazalismy sobie samym ze mozna
Dziekujemy raz jeszcze wszystkim, ktorzy sa z nami od poczatku i tym, ktorzy dopiero od niedawna wspieraja nasze dzialania. Sledzcie nasze poczynania na blogu. Zapewniamy, ze to dopiero poczatek naszych wielkich dzialan, przez ktore chcemy promowac nasz kraj jako znakomite miejsce na niezwykle wyprawy. Chcielismy rowniez zlozyc podziekowania dla wszystkich sponsorow naszej wyprawy, mamy nadzieje ze w jakis sposob przyczynilismy sie do promowania Panstwa produktow i uslug. Z czystym sumieniem mozemy zapewnic wzystkich, ze w kazdej z firm, ktorej logo znalazlo sie wsrod naszych sponsorow, natkniecie sie panstwo na niezwyklych, otwartych i fantastycznych ludzi, ktorym leza na sercu sprawy wazne. Szczegolnie chcielibysmy podziekowac tym, ktorzy wyposazyli nas na wyprawe. Sprawdzilismy osobiscie i polecamy surwiwalowy sprzet militariow, ktory nie zawiodl na podczas wyprawy ani razu. Najwieksze jednak podziekowania skladamy na rece szefostwa sklepu Rockcentric. Wasze bluzy towarzyszyly nam caly czas i wielokrotnie uchronily nas przed zalaniem i wychlodzeniem a przy okazji rowniez przed komarami. Polecamy, nie tylko na wode bluzy Baracuda z rockcentric:) To tyle na dzis. Serca nasze przepelnia duma z ukonczenia wyprawy, ale i smutek, ze to juz koniec. Pamietajcie spotykamy sie podczas wernisazu wystawy! Najpierw w Puzzlach. Dokladny termin wkrotce na blogu. A teraz juz dobrej nocy:)