Niespodzianka!!! :)))

Kochani! Minął już blisko rok od zakończenia wyprawy tymczasem my nie próżnowaliśmy. Oto przed Wami obiecany Film!!!!. Miłego oglądania. :)))))

Reklamy

Dzień trzynasty – ostatni

Słowa te powstają w drodze gdzieś w okolicy Wrześni. Dzisiejszy dzień zaczął się bardzo leniwie. Za oknem lał deszcz a my wylegiwaliśmy się w ciepłych miękkich łóżkach. W końcu z niemałym trudem zwlekliśmy się na śniadanie. Posileni owsianką i pysznymi wędlinami produkcji naszych gospodarzy zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy na spotkanie z historią. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na Westerplatte. Zwiedzaliśmy ruiny wartowni, placówek obronnych i koszar. Zobaczyliśmy basen portowy i słynny pomnik. Wzbogaciliśmy naszą wiedzę o tamtych dramatycznych wydarzeniach oglądając liczne tablice pamiątkowe i czytając ich opisy. Następnie udaliśmy się w kierunku Szymbarka, gdzie czekały na nas kolejne historyczne ciekawostki. Odwiedziliśmy bunkry, dom sybiraka, wagony transportowe i poznaliśmy historię niedźwiedzia Wojtka. Potem zobaczyliśmy najdłuższą deskę i złożyliśmy wizytę w domu do góry nogami. Zakręciło nam się w głowach od wrażeń. W pobliskim lesie pozbieraliśmy pyszne jagody i ruszyliśmy w stronę domu. Jeszcze jeden postój, ostatni wspólny posiłek na leśnym parkingu i w drogę do domu. Dziwnie tak jakoś wracać do domu. Nie da się ukryć że zżyliśmy się przez te dwa tygodnie i chyba wszystkim nam będzie brakowało wieczornego układania planów przy ognisku. Pieczonych naleśników i miętowo-różanej herbaty. Szumu morza, Piasku w butach, a nawet bolących mięśni. Zostaną wspomnienia. Już wkrótce zaprosimy Was wszystkich na spotkanie, podczas którego uraczymy wszystkich opowieściami o przygodach pokażemy zdjęcia i film z wyprawy. Bądźcie zatem z nami i do zobaczenia wkrótce.

Dzień dwunasty

A więc satało się! Zobaczyliśmy fokę… Ale od początku. Jedliśmy sobie spokojnie śniadanie gdy nagle Jurek zawołał: patrzcie tam w wodzie! Wszyscy odwóciliśmy się jak na komendę. Oczom naszym ukazał się foczy pysk! pamiętając doskonale lekcję jakiej w helskim fokarium udzielił nam Pan Michał możemy z czystym sumieniem stwierdzić że był to samiec foki szarej. Jego głowa wystawała nad wodę w charakterystycznym słupku. Wpatrywał się w nas kilka chwil. Jednak gdy tylko ochłonęliśmy z pierwszego wrażenia zaczęliśmy krzyczeć: Foka! To jest foka! Te krzyki i gorączkowe zachowanie musiały go spłoszyć nim zdążyliśmy chwycić za aparat. Potem wynurzył się jeszcze kilka razy ale już nie tak blisko. Zebraliśmy się na naradę. Z jednej strony celem wyprawy było zobaczyć fokę – to się nam udało – z drugiej mieliśmy potwierdzić że żyją one w Bałtyku a nie w Wiśle. Postanowiliśmy zatem niezwłocznie ruszyć na „mewią łachę” Podczas wczorajszej ciężkiej walki z falami Wiola nadwyrężyła mięśnie ręki więc podjęła decyzję że zostaje w busie. Jurek postanowił jej towarzyszyć jako że zaczął padać nieprzyjemny deszcz i zrobiło się zimno. Pozostała część załogi szybko znalazła się na wodzie i dziarsko zaczęliśmy wiosłować z nurtem Wisły sic. nawet Michał postanowił złamać swe życiowe postanowienie i chwycił za wiosło. Do celu mieliśmy 3 km z czego 1 po morzu. Kajaki szły jak po sznurku i nawet deszcz nas nie mógł spowolnić. Po kilku chwilach pojawiła się w pobliżu kajaków widziana już wcześniej psia głowa samca. Zrobiliśmy kilka zdjęć i niezwłocznie powiosłowaliśmy dalej. W końcu naszym oczom ukazał się wąski pas żółtego piasku ledwo wystający nad wodę. Po jego powierzchni poruszały sie jakieś czarne punkty, ale nie mogliśmy stwierdzić czy to nie ptaki, a niestety w pośpiechu zostawiliśmy na brzegu lornetkę. Cóż było robić zacisnęliśmy mocniej dłonie na wiosłach i ruszyliśmy dalej. I stało się tak że wylądowaliśmy na niewielkim piaszczystymi skrawki lądu wystającym 50 cm ponad powierzchnię morza na którym wylegiwało się 20 może 30 tych niezwykle pięknych stworzeń, nazywanych czasem psimi syrenami. Serca nam zadrżały i nie mogliśmy się powstrzymać od okrzyków radości. Foki dla bezpieczeństwa wskoczły do morza jednak z ogromną ciekawością przyglądały się nam wszystkim. Zrobiliśmy oczywiście masę zdjęć i filmów, wkopaliśmy kawał drewna z inicjałami, datą i adresem strony i już mieliśmy się zbierać gdy nagle do łachy przybił kolejny kajak. Wysiadł z niego krakowianin Mateusz, który właśnie po piętnastu dniach spłynął Wisłą do ujścia. Jego trasa jednak tu się nie kończy gdyż kieruje się teraz na Kołobrzeg. Wymieniliśmy wskazówki uwagi i wrażenia. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę powrotną do obozu. Następnie bezlitośnie kąsani przez komary załadowaliśmy się do auta i ruszyliśmy zwiedzić Gdańsk. Tam spotkaliśmy wyjątkowych ludzi : Wojtka, Mariolę i Bogdana ( ten ostatni to nasz sponsor dzięki któremu byliśmy chronieni przed słońcem oczywiście baaaaaaardzo dziękujemy) Wszyscy oni oprowadzali nas po Gdańskim starym mieście opowiedzieli mnóstwo ciekawych rzeczy o jego historii a na koniec Wojtek i Mariola postanowili zabrać nas do siebie. Uraczyli nas iście po królewsku Rybami z własnej wędzarni i kaszubską tabaką oraz epoką lodowcową trzy co szczególnie przypadło do gustu Rysiowi. Siedząc przy stole snuliśmy opowieści o wyprawie i słuchaliśmy historii o Kaszubach i ich zwyczajach a teraz bez słowa sprzeciwu daliśmy się położyć w czystej świeżej pościeli. Choć cel został zrealizowany to jeszcze nie koniec wyprawy został nam ostatni dzień który również zamierzamy spędzić aktywnie. Oczekujcie relacji już jutro. :)))

Dzień jedenasty

Dzień zaczęliśmy ambitnie. Pobudka o 7:00 szybkie śniadanie i hajda na wody zatoki. Do przepłynięcia było około 10 km więc wszystko wyglądało pięknie. Po kilku chwilach okazało się jednak że nie ważne w którym kierunku zmierzamy wiatr zawsze wieje nam w oczy. Płynięcie wzdłuż brzegów utrudniała wysoka boczna fala, która przelewała się przez burtę mniej więcej w tępie jedna na pięć. :/ Po kilkunastu takich wlewach samotnie płynący Michał powiedział pas. W dalszą drogę do Oksywia plynęliśmy we czwórkę: Wiola, Jurek, Rycho no i ja. Po kolejnej godzinie przy budynku starej torpedowni Jurek powiedział że ma dość wody i wysiada. Zostaliśmy we trójkę. O dziwo właśnie wtedy pogoda się poprawiła i wiosłowało się całkiem przyjemnie. Umówiliśmy się że spotkamy się na widocznym z oddali betonowym pomoście, okazało się później że jest to Zamknięty teren treningowy słynnej Formozy. Niestety telefon nie wytrzymał i „padł” tym samym zostaliśmy bez łączności. Postanowiliśmy płynąć dalej i tak … Nasze dwa kajaki zawinęły do pełnomorskiego portu w Gdyni 🙂 Dumnie przepływaliśmy koło ogromnych jednostek, wcale nie czując się mniejszymi. To wspaniałe uczucie gdy obcy ludzie pozdrawiali nas machając z pokładu takiego np Daru Młodzieży :)))) w końcu po kilku zaciekłych walkach z wichrem. Wylądowaliśmy na plaży Śródmieście. Tuż koło ratowników WOPR. Dziękujemy Wam bardzo za użyczenie komórki 🙂 skontaktowaliśmy się z bazą logistyczną i postanowiliśmy zaczekać na wsparcie. Byliśmy zziębnięci przemo i przemę czeni i tu spotkała nas kolejna niespodzianka. Wspaniali niezwykle serdeczni ludzie Michał, Aga i mały Tadeusz, którzy przyjechali do Gdyni specjalnie dla nas, ugościli nas iście po królewsku. Jesteście Gigantyczni! Dziękujemy z głębokich czeluści naszych serc. Zgodnie z obietnicaą już wkrótce zobaczymy się u Was! W Gdyni trwał właśnie festyn i musieliśmy szybko uciekać. Postanowiliśmy udać się w ostatnie miejsce na Polskim wybrZeżu gdzie można zobaczyć fokę i tak. Dotarliśmy do ujścia Wisły. Śpimy na jej 940 kilometrze i już chodzą nam po głowie pomysły aby zobaczyć pozostałe kilometry królowej polskich rzek. Kto wie może za rok… 🙂 jutro z rana plyniemy na mewią łachę i jeśli tam ich nie będzie to chyba już kończą nam się pomysły. 3Majcie kciuki

Dzień dziesiąty

Dzień dziesiąty.
Uwaga uwaga dziś wreszcie zobaczyliśmy fokę. Niestety tylko w fokarium Rano po skromnym śniadaniu postanowiliśmy że to dziś odwiedzimy stację morską i fokarium na Helu. Z całego serca dziękujemy Panu Michałowi Łabie za pomoc i ciepłe przywitanie oraz pasjonujący wykład o fokach i morświnach. Dziś śpimy nad Zatoką pucką a jutro plyniemy dalej – kierunek Gdynia. Trzymajcie kciuki.

Dzień dziewiąty

Po trudach wczorajszego dnia dziś postanowiliśmy solidnie wypocząć. Pierwsze głowy z namiotów zaczęły wysuwać się dopiero koło 11 i nawet poranne piekące słońce nie zmusiło nas do wcześniejszej aktywności. Po leniwym śniadaniu i ostatniej już chyba owsiance zaczęliśmy układać plan na dziś. Po długiej naradzie ustaliliśmy ze odwiedzimy najbardziej wysunięty na północ punkt lądowy w Polsce – przylądek Rozewie. Po drodze natknęliśmy się na zapuszczony ukryty w gęstwinie monument upamiętniający miejscowych mężczyzn, którzy polegli podczas pierwszej wojny światowej. Zarośnięte zmurszałe nagrobki robiły naprawdę ponure wrażenie, a dziury po kulach na pamiątkowej płycie pomnika nie pozostawiły nas obojętnymi. Gdy wreszcie znaleźliśmy się na klifie widok nas oszołomił. Rozbijany Bałtyk nabiera zupełnie innego wyrazu gdy można objąć jego ogrom z wysokości kilkunastu metrów. Wytężaliśmy wzrok pomagając sobie lornetkami ale fok wciąż nigdzie nie było widać. Gdy tak staliśmy na krańcu Polski nagle zaczęło padać. W jednej chwili przylądek się wyludnił i zostaliśmy sami. Na pocieszenie postanowiliśmy zakupić pluszową fokę na jednym ze straganów. Deszcz wciąż padał a nam zaczęło burczeć w brzuchach więc postanowiliśmy poszukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Po wczorajszym marszu wszyscy wzdrygaliśmy się na sam dźwięk słów takich jak piasek czy plaża więc po kilkudziesięciu minutach poszukiwań zatrzymaliśmy się na zacisznym leśnym parkingu gdzie w ramach odkrywania smaków pod chmurką przygotowaliśmy spagetti i podpłomykowe pizze. Objedzeni po uszy i ubabrani w mące zasiedliśmy wokół ognia aby ułożyć plan na najbliższe dni. Stanęło na tym że jutro udajemy się do helskiego fokarium aby dowiedzieć się więcej o sposobach na zobaczenie foki. Spodziewajcie się solidnych relacji z tej wizyty.

Dzień ósmy

Od czego by tu… No tak dziś o 7:30 dowiedzieliśmy się ze musimy cierpliwie oczekiwać na decyzję dyrekcji parku. O 11 stało się dla nas jasnym że nie popłyniemy dziś. Bałtyk zdawał się kusić. Łagodny zachodni wiatr w rufę małe fale a tu jak na złość. Postanowiliśmy zatem wybrać się na mały spacerek plażą. W jego trakcie dostaliśmy telefon od samego dyrektora parku, który co prawda nie wydał zgody na płynięcie przez teren ścisłej ochrony, ( w sumie słusznie) ale pozwolił naszej grupie przejść przez nie plażą. Tym samym wyruszyliśmy w 34 kilometrowy spacer wypatrując wszelkich śladów bytności fok. Fok nie zastaliśmy niestety, ale w tym miejscu należy wspomnieć o bohaterskiego postawie najmłodszych uczestników wyprawy tj Karola i przede wszystkim Rysia, którzy całą trasę pokonali o własnych siłach bez jednego jęku. Gratulacje Panowie! Ryszard jesteś największym twardzielem w roczniku 2007 i okolicy.
W końcu po sześciu godzinach z okładem dotarliśmy na ruchome wydmy. Pustynne klimaty oczarowały nasze zmysły i tylko szum morza dowodził ze wciąż jeteśmy na polskim wybrzeżu. Zmęczenie które nas dopadło pozwoliło nam wyłącznie na wczołganie się do śpiworów bez wieczornego posiłku. Zatem plan na jutro jest sekretem. Dręczy nas jednak myśl że może z tymi fokami w Bałtyku to jednak jakaś ściema.

Dzień siódmy

Dziś wreszcie wróciliśmy na Bałtyk. Dystans 15km pogoda bajka czego chcieć więcej. Morze jednak weryfikuje – perfekcyjnie. Pogoda zmieniła sie w ciagu trzech pierwszych godzin i z przyjemnego wiosłowania zostały wspomnienia. W zamian zaczęła się mozolna walka z falami. Na pierwszym postoju zjawiły się tylko dwa kajaki Nasz załogowy komandos – Michał zotał tak daleko w tyle że zaczęliśmy się poważnie martwić. W końcu wyłonił się zza horyzontu… idąc plażą i ciąnąc kajak za sobą z mocnym życiowym postanowieniem. Cyt. ” nigdy więcej do kajaka nie wsiądę” :)))) Cóż morze weryfikuje nas wszystkich. Padło dużo zarzutów wobec kajaka który sie nie chciał słuchać, choć faktem jest ze wiosło zostało wygięte. Wiola i my z Rychem postanowiliśmy kontynuować plan i powiosłowaliśmy czym prędzej w stronę Rowów.
Dłuższy czas było przyjemnie jednak po kilkudziesięciu minutach wiatr wzmógł się na tyle że ledwo dotarliśmy do wyznaczonego celu. W nagrodę postanowiliśmy udać się do miejscowej smażalni gdzie zjedliśmy frytki ryby i zbiorowo zignorowaliśmy transmitowany w tv mundial. Tym samym dotarliśmy do granicy słowińskiego parku narodowego. Plan na jutro to 33 km morzem. Ponieważ taki dystans jeszcze nie został przez nas poskromiony to zaczęliśmy rozważać możliwość zatrzymania sie na jeden nocleg na jego terenie. Skontaktowaliśmy sie z dyrekcją parku via mail i czekamy na decyzje, która ma nadejść około 7:30. Czekamy zaem. A jutro dzień próby.

Dzień szósty

Ustka. Dzisiejszy dzień zaczęliśmy od wizyty w miejscowym bosmanacie , gdzie poznaliśmy Pana Piotra Bińczyka, który udzielił nam szczegółowych prognoz dotyczących Bałtyku w najbliższych dniach. Panie Piotrze oczywiście dziękujemy z całego serducha. Dziś wreszcie opuściliśmy województwo zachodniopomorskie. Przed południem zwiedziliśmy Kołobrzeg i Muzeum Oręża Polskiego. Dowiedzieliśmy się dużo o wyrobie mieczy i pocisków artyleryjskich oraz poznaliśmy historię obrony Kołobrzegu podczas drugiej wojny światowej. Potem rzuciliśmy okiem na jezioro w Mielnie i zamek książąt pomorskich w Darłowie. Zrobiliśmy zakupy i dotarliśmy do usteckiego portu. Tu spotkaliśmy się z niezwykle ciepłym przyjęciem ze strony Urzędu morskiego, w osobie bosmana portu, który pozwolił nam na rozbicie się na plaży a nawet rozwalenie ogniska. Dzięki temu mogliśmy zjeść ciepły posiłek i nabrać sił przed kolejnym etapem. Bardzo miło będziemy wspominać również wizytę w miejscowym komisariacie straży granicznej, gdzie dowiedzieliśmy się, że foki były w Ustce kilka tygodni temu a obecnie przeniosły sie do oddalonych o 10 km rowów!!! To oznacza że być może już jutro uda nam się zrealizować nasz cel. Oczywiście prosimy trzymajcie kciuki.